Na seminarium z Musterdem senseiem wybraliśmy się w nieco większym gronie niż zwykle.
Z naszego dojo pojechały trzy osoby-Magda, Tomek i ja. Ponadto towarzyszyli nam dwaj instruktorzy z innych dojo- Rafał Wilk instruktor
Isshinkan dojo i Michał Gajda instruktor Heiwakan dojo. Zauważam, że seminaria zaczynają cieszyć się coraz większym Waszym zainteresowaniem.
To właśnie one powinny przyspieszyć nasz rozwój. Jeszcze gdy ćwiczyłem Shudokan Aikido mówiono, że każde seminarium to jak kilka miesięcy
treningów w dojo. Coś w tym jest, przede wszystkim duża liczba godzin w krótkim okresie czasu spędzonych na tatami. Dziennie jest to dawka
od 4,5h do 6h a więc 3-4 normalnych treningów. Licząc, że całe seminarium zawiera od 9-15h treningów na macie to mniej więcej 7-10
treningów w dojo - jest to prawie miesięczna dawka treningowa. Ponadto ćwiczymy cały czas, nie ma tu długich przerw między technikami.
Nieraz bywa tak, że w dojo ćwicząc na jednym treningu określoną technikę, nie potrafimy ją dokładnie odtworzyć na następnym. Spowodowane
jest to dwoma czynnikami, po pierwsze czasem, który upływa między jednym a drugim treningiem i po drugie, że na jednym treningu nie
jesteśmy w stanie sprawić by nasze ciało i umysł zapamiętały dany układ techniczny. Na to potrzebny jest czas by ruch i układ został na
stałe zapamiętany. Ten czas i wystarczającą liczbę powtórzeń daje nam seminarium. I dlatego mówi się, że nic nie pcha naszej techniki do
przodu tak jak seminaria. Dlatego chcąc się rozwijać konieczne jest obok oczywiście regularnych treningów w dojo jak największa liczba
"zaliczonych" staży. Obecność na seminariach to jeszcze kilka dodatkowych plusów- możliwość treningu z osobami z którymi na co dzień nie
mamy możliwości ćwiczyć, ponadto poznajemy mnóstwo różnych ludzi z innych ośrodków. Jednak najważniejsze z tych rzeczy jest to, że
poznajemy mistrzów, którzy przyjeżdżają na owe szkolenia. Możemy poznać jego technikę i dynamikę. Wiele lat temu będąc na seminarium
z Nagano senseiem na jednym z treningów powiedział nam, że powinniśmy "kraść" technikę od każdego mistrza. Wybierać dla siebie to, co
uważamy za dobre i ważne dla nas- i to osobiście uważam za największy atut staży szkoleniowych. Dlatego zachęcam wszystkie osoby, które
chcą się rozwijać do brania udziału w jak największej liczbie seminariów, obojętnie gdzie są organizowane. Ale wróćmy do tematu. Do Lwowa
wyruszyliśmy później niż zwykle, zawsze staramy się wyjeżdżać w środę wieczorem. Tym razem z powodu braku czasu wyruszyliśmy w czwartek
wieczorem (a właściwie już w piątek o 1 w nocy). Do Lwowa dotarliśmy o 12.30 i niestety nie zdążyliśmy na poranne treningi,
wykorzystaliśmy więc ten czas na spacer i obiad. O godz.18 rozpoczął się wieczorny trening. Nigdy nie miałem możliwości poznać Musterda
senseia, tego dnia zobaczyłem go pierwszy raz w życiu. Robert Musterd jest Kanadyjczykiem, ma swoją szkołę w Burnaby, jest posiadaczem
7 dana. Przez 10 lat ćwiczył w Japonii w Hombu Dojo. Z czasem zaczął tam wykładać aikido w grupach dla tzw. gajdzinów czyli cudzoziemców,
stał się także tłumaczem. Do tej pory poznałem dwóch Kanadyjczyków- Kevina Bloka i Roberta Musterda. Obaj postura przypominają kanadyjskie
niedźwiedzie. Piątkowy trening poświęcony był całkowicie pracy nad kontrolą partnera. Wieczorem pojechaliśmy na Sychov (dzielnica Lwowa)
gdzie jak zwykle do późnych godzin siedzieliśmy z naszymi kompanami z Kijowa, Lwowa i Kamieńca Podolskiego. Na sobotnich treningach
ćwiczyliśmy odpowiednie rozłożenie ciężaru ciała w kamae, naszą równowagę, odpowiednią pozycję, było kilka technik w naszej ulubionej
suwari -waza. I tak skończyły się poranne treningi. Ostatni wieczorny trening tego dnia miał poprowadzić znajomy senseia Musterda
(przyjechał razem z nim) Robson sensei. Tego instruktora znam z kolei doskonale - to główny instruktor Shudokan Aikido w Anglii. Jest
to styl od którego rozpocząłem swoją przygodę z Aikido. Na tym treningu przypomniały mi się dawne czasy, nie obyło się niestety bez
wypadku. Podczas demonstrowania jednej z technik Ken Robson dosłownie znokautował Saszę z Kijowa.
Na treningu nie robiliśmy nic, czego
nie pamiętałem z okresu gdy sam ćwiczyłem pod kierunkiem Robsona senseia, były więc kopnięcia, techniki z wykorzystaniem dzwigni (nikkajo),
technika z tanto. Miałem nawet przyjemność poćwiczyć z prawdziwą Japonką (przyleciała z Anglii), niestety była strasznie połamana, co
zresztą mnie nie dziwi, skoro ćwiczy w dojo Kena Robsona. Ogólnie seminarium było inne niż przywykłem do tej pory, bez dynamiki, wolne,
często przerywane po kilku chwilach ćwiczeń (co czasem było denerwujące). W sumie muszę przyznać, że nie bardzo wiem jaki plan założył
sobie Musterd sensei, z pewnością do czegoś dążył, czegoś próbował nas nauczyć, niestety nie bardzo widziałem w tym wszystkim ciągu.
Życie nauczyło mnie jednak by nie osadzać po pierwszym wrażeniu, więc z ostateczną oceną tego mistrza wstrzymam się jeszcze do kolejnego
naszego spotkania. Po seminarium odbyło się jak zwykle embutaikai, strona ukraińska zaprezentowała się doskonale, duże wrażenie zrobił na
mnie pokaz Shinkendo (walka mieczem) pod kierunkiem Wadima. Wieczorem tradycyjnie odbyło się sayonara party w dojo na Sychovie. Po nim wraz
z Wadimem siedziałem do wczesnych godzin rannych przy naszym lwowskim rozmawiając, rozmawiając aż ranek nastał i niestety trzeba było
wyruszać w drogę powrotną do Polski...
Copyright by Krzysztof Wróblewski Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone